|
TAJEMNICZE
PRZYPADKI KAROLA
WOJTYŁY
Karol Wojtyła był
niejednokrotnie bliski
śmierci. Jednak aż do
późnej starości z
incydentów tych
wychodził obronną ręką
jakby od dzieciństwa
pozostawał pod
szczególną ochroną Bożej
Opatrzności. Ręce do
góry, Lolek! Już jako
gimnazjalista Karol
Wojtyła omal nie stracił
życia po wygłupie
swojego kolegi. Zdarzyło
się to jakiś czas po
śmierci mamy, Emilii
Wojtyłowej, która zmarła,
gdy Lolek miał dziewięć
lat. Prowadzeniem
gospodarstwa zajmował
się wówczas jego ojciec.
Porucznik Karol Wojtyła
był dla Lolka ojcem i
matką: prał, robił
zakupy i sprzątał,
jedynie nie gotował
obiadów. Stołowali się w
jadłodajni państwa
Banasiów, rodziców
szkolnego, choć nie
klasowego kolegi Lolka,
Bogusława. Wojtyłowie
pojawiali się na
obiedzie wczesnym
popołudniem. Pani Maria
Banaś musiała gotować
dobrze, bo ojciec i syn
lubili tam przychodzić.
Atmosfera tych posiłków
była tak sympatyczna, że
ojcowie chłopców
zaprzyjaźnili się. Kiedy
dorośli wdawali się w
pogawędkę, szkolni
kumple bawili się.
Jednym z bywalców
jadłodajni „u Banasia"
był pewien policjant,
który po służbie wpadał
tam na coś mocniejszego.
Miał jednak poczucie
przyzwoitości i
solidności zawodowej, bo
kiedy uznał, że wypił o
jeden kieliszek za dużo,
zostawiał u Banasiów
rewolwer na przechowanie.
Któregoś dnia Bogusław
Banaś, jak to nieraz
czynią młodzi ludzie,
chciał zrobić swojemu
koledze kawał. Wyciągnął
rewolwer z szuflady i
kierując go w stronę
Karola powiedział: „Ręce
do góry, albo strzelam".
Jakimś trafem broń
rzeczywiście wypaliła.
Kula przeszła o włos od
głowy Lolka i
roztrzaskała okno.
Obudzony z drzemki
ojciec Bogusława zerwał
się na równe nogi,
wyrwał synowi pistolet z
rąk i schował z powrotem
do szuflady. Opatrzność
po raz pierwszy dała
znać, że czuwa nad
Lolkiem. Anioły w
Krakowie Zdawało się, że
Opatrzność posyłała
niekiedy nawet aniołów,
by chroniły życie
przyszłego Papieża. Do
dzisiaj nie wiadomo, kim
był tajemniczy niemiecki
oficer, któremu Karol
Wojtyła zawdzięcza
ocalenie. Było mroźne
popołudnie 29 lutego
1944 roku, niespełna
24-letni Karol skończył
właśnie ciężką pracę w
oczyszczalni sody w
Borku Fałęckim. Tego
dnia był potwornie
zmęczony, miał bowiem za
sobą podwójną zmianę -
dzienną i nocną. Wracał
tą samą trasą, w
roboczym ubraniu i w
swoich nieodłącznych
drewniakach, do
mieszkania przy ul.
Tynieckiej 10 na
Dębnikach. Szedł blisko
krawężnika. W okolicach
Matecznego nadjechała
wielka niemiecka
ciężarówka. I wtedy
stała się tragedia.
Rozpędzony samochód
potrącił Karola, który
padł obok krawężnika jak
nieżywy. Jadąca
tramwajem Józefa Florek,
która widziała wypadek,
wysiadła na najbliższym
przystanku i podeszła do
leżącego młodego
robotnika. Był
nieprzytomny. Stała
chwilę bezradna, zasłaniając
leżącego przed
nadjeżdżającymi
samochodami. Wreszcie
zatrzymało się auto, z
którego wysiadł
niemiecki oficer.
Spostrzegłszy, co się
stało, polecił Józefie
Florek, aby przyniosła
wodę z pobliskiego rowu,
a sam stał przy Wojtyle.
Zmieszaną z błotem wodą
zmyli krew z twarzy
leżącego, który zaczął
zdradzać oznaki życia.
Wówczas oficer zatrzymał
ciężarówkę wiozącą drągi
i kazał przewieźć
rannego do szpitala przy
ul. Kopernika. Karol
Wojtyła trafił tam ze
złamanym obojczykiem i
wstrząsem mózgu. W
szpitalu spędził
dwanaście dni. To, że
przeżył, stało się dla
niego dowodem, że
wypadek nie był
przypadkiem i dawało mu
pewność, że słusznie
wybrał, decydując się
zostać księdzem. Po
wyjściu ze szpitala nie
zapomniał też o swojej
wybawczyni. Pisał listy
do Józefy Florek,
zwracając się do niej
jako do tej, której
zawdzięcza życie. Jeden
wzięty, drugi pozostał
Ledwie Karol doszedł do
siebie po wypadku, znowu
otarł się o śmierć.
Będąc wówczas
konspiracyjnym klerykiem,
posługiwał do Mszy
księdzu metropolicie
Adamowi Stefanowi
Sapieże w kaplicy
arcybiskupów krakowskich.
Towarzyszył mu w tym
inny zakonspirowany
kleryk, Jerzy Zachuta.
Byli rówieśnikami, obaj
też potajemnie
studiowali teologię.
Pewnego kwietniowego
poranka 1944 roku kolega
nie przyszedł do
rezydencji arcybiskupiej
przy ul.
Franciszkańskiej 3.
Karol udał się do jego
mieszkania na Ludwinowie,
aby sprawdzić, co się
stało. Dowiedział się,
że w nocy zabrało
Zachutę gestapo. Było to
13 kwietnia 1944 roku. o
godz. 24.30. Niemcy
przyszli po ukrywającego
się tam AK-owca, ten
jednak uciekł przez okno.
Zamiast niego wzięto
Zachutę, a wraz z nim
dwóch innych mieszkańców
domu. Jerzy został
prawdopodobnie
rozstrzelany 27 maja
1944 roku w egzekucji
przy ul. Botanicznej.
Śmierć kolegi wywarła na
młodym Karolu Wojtyle
tak wielkie wrażenie, że
po 50 latach już jako
Papież wspomniał go w
autobiograficznej
książce „Dar i Tajemnica”.
„Miejscem moich święceń,
jak już powiedziałem,
była prywatna kaplica
Arcybiskupów Krakowskich.
Pamiętam, że w czasie
okupacji często
przychodziłem do tej
kaplicy, aby w godzinach
porannych służyć jako
kleryk do Mszy św.
Księciu Metropolicie.
Pamiętam także, iż przez
pewien czas przychodził
ze mną inny
konspiracyjny kleryk -
Jerzy Zachuta. Pewnego
dnia nie przyszedł.
Kiedy po Mszy św.
zaszedłem do jego
mieszkania na Ludwinowie
(sąsiedztwo Dębnik),
dowiedziałem się, że w
nocy został zabrany
przez Gestapo. Wkrótce
potem jego nazwisko
znalazło się na liście
Polaków przeznaczonych
do rozstrzelania.
Przyjmując święcenia
kapłańskie w tej samej
kaplicy, nie mogłem nie
pamiętać tego mojego
brata w powołaniu
kapłańskim, którego
Chrystus w inny sposób
połączył z misterium
swojej śmierci i swojego
zmartwychwstania" -
napisał Jan Paweł II.
Georg Weigel, biograf
Jana Pawła II, ujął to
tak: „Jeden został
wzięty, drugi pozostał.
W planach Opatrzności
nie ma zwykłych
przypadków". Wojtyła
przyszedł? Tak jest! I
jeszcze jedna historia z
czasów II wojny
światowej, świadcząca o
opiece, jaką nad Karolem
rozpostarła Boża
Opatrzność. Kiedy w
Warszawie wybuchło
powstanie, wieści o nim
powodowały wzrost
patriotycznych nastrojów
w innych miastach
Generalnego
Gubernatorstwa. Niemcy
obawiając się, że w
Krakowie może dojść do
próby zbrojnego wsparcia
powstania warszawskiego,
rozpoczęli w niedzielę 7
sierpnia 1944 roku akcję
zatrzymywania wszystkich
młodych mężczyzn.
Rewizja nie ominęła domu
przy ul. Tynieckiej 10,
w którym od 1938 roku
mieszkał Karol Wojtyła.
Przyszły papież był
wówczas klerykiem
konspiracyjnego
seminarium duchownego
pod egidą abp. Adama
Stefana Sapiehy, ale
właśnie ze względu na
utajnienie, alumni nie
przebywali razem, tylko
mieszkali i pracowali „na
mieście", jedynie na
zajęcia zachodzili do
pałacu bądź do
konspiracyjnych lokali.
Ks. Mieczysław Maliński,
również alumn seminarium
wspomina, że tego dnia
udało mu się uniknąć
łapanki, ale do domu
dobrnął z duszą na
ramieniu dopiero w nocy.
Martwił się o los
Karola Wojtyły. Gdy
stanął przed bramą
rezydencji arcybiskupiej
przy Franciszkańskiej 3,
od razu zapytał
Stanisława
Starowieyskiego,
późniejszego kolegę
Karola ze studiów w
Rzymie: „Wojtyła
przyszedł?". Usłyszał w
odpowiedzi: „Tak jest!".
Okazało się, że Niemcy,
przeszukując dom przy
Tynieckiej, przeczesali
parter i pierwsze piętro,
lecz nie przyszło im do
głowy, aby przeszukać
suterenę. Podczas
rewizji Karol stał cicho
za drzwiami swojego
mieszkanka. Rankiem
udało mu się szczęśliwie
przedostać do rezydencji
arcybiskupa Adama
Sapiehy, gdzie
natychmiast otrzymał
sutannę, która była dla
niego i innych kleryków
jakby „pancerzem
ochronnym". Komuniści
wybrali Wojłyłę Ta
historia wydaje się
wręcz nieprawdopodobna,
ale jest prawdziwa,
udokumentowana przez
biografów papieskich.
Gdyby nie ważny
dygnitarz partyjny,
Karol Wojtyła nie
zostałby biskupem, a - w
konsekwencji - papieżem.
W czasach PRL-u zgodę na
kandydata na biskupa,
zanim jego nazwisko
trafiło do Rzymu,
musiała wydać władza
komunistyczna. Procedura
ta była skutkiem
porozumienia, zawartego
w 1956 roku w imieniu
Episkopatu Polski przez
kard. Stefana
Wyszyńskiego z PRL-owską
władzą. Często zdarzało
się tak, że kandydat na
biskupa był od razu
odrzucany. Tak też było
w Krakowie po śmierci
abp. Eugeniusza Baziaka
w 1962 roku. Zenon
Kliszko, który z
ramienia Biura
Politycznego KC
opiniował kandydatów na
biskupów, odrzucił
wszystkie siedem nazwisk
zaproponowanych przez
prymasa Stefana
Wyszyńskiego. „Czekam na
Wojtyłę" - powiedział
Kliszko Stanisławowi
Stommie, posłowi z
katolickiego koła „Znak"
i dodał: „i tak długo
będę wetował nazwiska,
aż się doczekam". Stomma
z trudem powstrzymał się
od śmiechu, bo wiedział,
że arcybiskup Wojtyła
sprawi wiele kłopotów
władzy ludowej. Gdy
nazwisko biskupa Wojtyły
pojawiło się na liście
kandydatów, Kliszko
skwapliwie je
zaaprobował. Po
wcześniejszej akceptacji
władzy ludowej, 13
czerwca 1964 roku papież
Paweł VI mianował
biskupa Karola
arcybiskupem metropolitą
krakowskim. Wkrótce
komuniści gorzko tego
pożałowali. Dlaczego
Kliszko popełnił taką
brzemienną w skutki
pomyłkę? Otóż uważał on
Wojtyłę za
intelektualistę,
człowieka o
zainteresowaniach
artystycznych,
stroniącego od polityki,
którym - ze względu na
jego młody wiek (43 lata)
- będzie można
manipulować. Dodatkowo
liczył na to, że będzie
można przeciwstawiać
Wojtyłę kard. Stefanowi
Wyszyńskiemu, hierarsze
niezwykle zaangażowanemu
społecznie, który
sprawiał wielki kłopot
władzy, krytykując jej
poczynania. Tymczasem
abp Wojtyła przyjął
podobną linię co prymas
i zaraz po swym ingresie
do katedry wawelskiej
objawił się jako
zdecydowany obrońca praw
i niezależności Kościoła.
|