|
BOŻY AKTOR Z
POWOŁANIA
Karol Wojtyła od dziecka chciał zostać aktorem. Czyż jednak nim nie
był? Wszak aktor, nie
ten tandetny, ale
prawdziwy - z duszą i
powołaniem, to człowiek,
który potrafi innym
przekazać swoje serce.
Nie udaje, lecz emanuje
siłą swego wnętrza.
Porywa tłumy - daje
ludziom łzy wzruszenia i
promień nadziei. Ojciec
Święty był takim właśnie
Bożym aktorem. Z woli
Stwórcy i dla Stwórcy.
Występował najpierw w
szkolnych
przedstawieniach, a
później w Teatrze
Rapsodycznym założonym
przez Mieczysława
Kotlarczyka. Nie tylko
grał rolę, ale wręcz
stawał się odgrywaną
postacią. W jego ustach
słowa nabierały nowego
znaczenia i trafiały w
najgłębsze zakątki duszy.
„W tym mieście, w
Wadowicach, wszystko się
zaczęło. I życie się
zaczęło, i szkoła się
zaczęła, i studia się
zaczęły, i teatr się
zaczął, i kapłaństwo się
zaczęło" - mówił Ojciec
Święty w czerwcu 1999 r.
podczas wizyty w swoim
rodzinnym mieście. Bo
tak jak jego życie tu
się narodziło, tak też
tu narodziła się miłość
do Boga i... celnego
słowa. Mały Lolek nie
dość że na każdej
akademii deklamował
wiersze, to jeszcze
zaczął pisać własne.
Poza tym interesowała go
scena. Pierwsze
przedstawienie, w jakim
zagrał, mocno zapisało
się w jego pamięci. 64
lata później, również w
czasie owej pielgrzymki
do Wadowic, wspominał;
„Kiedy byliśmy w piątej
gimnazjalnej, graliśmy
„Antygonę" Sofoklesa.
Antygona - Halina,
Ismena - Kazia, mój
Boże. A ja grałem
Hajmona. O, ukochana
siostro ma Ismeno, czy
ty widzisz, że z klęsk
Edypowych żadnej na
świecie los nam nie
oszczędza? Pamiętam do
dziś..." Później były
„Śluby panieńskie"
Fredry, w których Karol
zagrał tak przekonująco,
że można było
przypuszczać, iż w
swojej partnerce,
Halinie
Królikiewiczównie,
naprawdę jest zakochany.
Ale on umiłował sztukę,
poprzez którą trafiał do
Boga. I tak już miało
pozostać. Po szkolnych
przedstawieniach
przyszedł czas na
wieczory poetyckie w
trakcie studiów
polonistycznych na
Uniwersytecie
Jagiellońskim, a
wreszcie teatr
„poważny". W 1941 r. do
Krakowa przyjechał
Mieczysław Kotlarczyk -
przyjaciel Karola
Wojtyły, podobnie jak on
zafascynowany teatrem.
Wraz z żoną zamieszkał u
Karola w suterenie domu
przy ul. Tynieckiej 10,
a zaraz potem
przedstawił swój projekt
- Teatr Żywego Słowa.
Próby, jak i same
przedstamenia. odbywały
się w ścisłej
konspiracji. Teksty nie
przez przypadek czerpano
z dorobku największych
polskich wieszczów:
Słowackiego, Norwida,
Wyspiańskiego - któż
inny mógł w czasie
okupacji podnieść na
duchu zniewolony naród.
Pierwsza premiera odbyła
się l listopada 1941 r.,
a przedstawione zostały
rapsody „Króla-Ducha"
Juliusza Słowackiego
[wtedy zaczęto używać
nazwy Teatr
Rapsodyczny). Karol
Wojtyła, który wcielił
się w postać króla
Bolesława Śmiałego, tak
pisał po latach: „Muszę
przyznać, że całe to
szczególne doświadczenie
teatralne zapisało się
bardzo głęboko w mojej
pamięci, chociaż od
pewnego momentu zdawałem
sobie sprawę, że teatr
meże był moim
powołaniem." Prawdziwe
powołanie zwyciężyło w
październiku 1942 r.,
kiedy to Karol Wojtyła
wstąpił do
konspiracyjnego
seminarium duchownego.
By nie psuć planów
swojemu przyjacielowi,
wystąpił jeszcze w kilku
powtórkowych
przedstawieniach Teatru
Rapsodycznego, ale
poprosił Mieczysława
Kotlarczyka, by ten nie
obsadzał go już w
żadnych nowych rolach.
Scena straciła wielkiego
aktora, świat zyskał
wielkiego papieża. Teatr
był warsztatem, który
przygotował Karola
Wojtyłę do roli, jaką
wyznaczył mu Bóg.
Pozbawił tremy
występowania przed
widzami, wykształcił
zdolność pięknego
przemawiania, wyćwiczył
żywy, pełen emocji
język. A jednocześnie,
co znamienne, w żaden
sposób nie zepsuł - nie
zmanierował tego
wielkiego człowieka.
Karol Wojtyła był osobą
niezwykle skromną, i
nawet stając już jako
papież przed
pięciomilionowym tłumem
wiernych w Manilii, nie
czuł dumy i nie sobie
przypisywał tę zasługę,
a Bogu, dla którego ów
rozmodlony tłum
przyszedł. Odgrywane w
młodości role i
umiejętność wcielania
się w różne postaci
ułatwiły naszemu
papieżowi jeszcze jedno
zadanie, nieodłącznie
towarzyszące jego
pontyfikatowi -
pielgrzymowanie. Czy to
w afrykańskiej wiosce,
czy na spotkaniu z
Indianami, czy w
meksykańskim kapeluszu,
czy wreszcie z wieńcem
kwiatów podarowanym
przez Papuasów - nie
było sytuacji, w której
Jan Paweł II nie
potrafiłby się odnaleźć.
Ten Boży aktor na scenie
zbawienia i świętości. |